Perspektywa dolna i perspektywa górna. Każda inna, żadna gorsza. Patrzę w górę – z szacunkiem, nieco zachwianym krokiem, wyobrażeniami tego, co „przed”i „na”. Patrzę w dół – z zachwytem, poczuciem spełnienia, myślami zatrzymanymi w stuporze chwili. Przed oczami otwiera się raj dla duszy.

Lubię dźwięk wbijanego w zmrożony śnieg raka. Rytmiczny krok zamienia się w najpiękniejszą melodię świata. W tle Słońce powoli budzi się do życia, krążąc po błękitach nieba. Mijają godziny i zdobywane metry, temperatura rośnie, a krople potu spływają po ciele. Plaża to stan umysłu, choć w minioną niedzielę rzeczywiście wystąpiła na południowych stokach Wysokiej.

Wchodząc w dialog ze Stachurą można powiedzieć, że wędrówką tatrzańską życie jest człowieka. Każde wyjście na wysokości staje się lokalnym ekstremum funkcji życia. Jej pochodna przejawia się tatrzańskimi pejzażami, które smakować można wszystkimi zmysłami. Moja wewnętrzna siła grawitacji z sobie tylko znanym przyspieszeniem nie jest w stanie nie reagować na tatrzańskie oddziaływania, na mentalne wzajemne przyciąganie się.

Powszechny motyw „Góry dzwonią i muszę iść” jest wyrazem nieustannej tęsknoty za nimi. W różny sposób reagujemy na te „telefony”, jednak ich siła sprawcza jest ogromna. Niesie dar zabijania tego, co najgorsze w otaczającej nas rzeczywistości – ciągle atakujących nas z każdej strony bodźców. Daje wewnętrzne oczyszczenie i chwilę zapomnienia. A poniesiony przy tym wysiłek jest znikomą ceną, jaką należy zapłacić za „reset” umysłu – ponowne uruchomienie siebie, powrót do stanu początkowego. Bo „nowe” zaczyna się w środku, czyli w nas samych.

Kategorie: Tatry

0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *